Hammerfall „Built To Last” [Recenzja] - Heavy Metal & More

Nie przegap

piątek, 4 listopada 2016

Hammerfall „Built To Last” [Recenzja]


Najnowsze studyjne wydawnictwo zespołu Hammerfall ukazało się 4 listopada nakładem wytwórni Napalm Records. Jak wypadł album Built To Last? Dobry power metal nie jest zły?


Hammerfall powstał w 1993 roku w szwedzkim Goteborgu, czyli w czasach, które były bardziej przyjazne grunge’owi, niż często pełnemu przepychu i teatralności metalowi. Tym bardziej może dziwić nas wybór muzycznej ścieżki przez członków zespołu zarówno w początkowych etapach kariery, jak i w późniejszych latach. Formacja w swojej muzyce zdecydowała się na wybór tego, czego tak modny wtedy grunge nie pochwalał. Chyba nie musze dodawać, że power metal nadal ma się całkiem nieźle, a grunge…

Następca wydanego w 2014 roku krążka (r)Evolution i jednocześnie pierwszy wydany pod skrzydłami wytwórni Napalm Records album zatytułowany Built To Last zawiera aż dziesięć premierowych kompozycji. Wydawnictwo rozpoczyna utwór Bring It! – energetyczny i pędzący bez opamiętania od pierwszej sekundy. Wokalnie przywodzi na myśl poczynania zespołu Helloween, a pod względem kompozycyjnym stanowi energetyczną, gitarową bombę. Warto zwrócić uwagę na solówkę i chóralne partie, które usłyszycie pod koniec piosenki. Jest to jeden z „tych” numerów, które z powodzeniem sprawdzą się podczas koncertu formacji (na początku przyszłego roku – 4 lutego -  będzie można zobaczyć Hammerfall w towarzystwie Gloryhammer i Lancer w warszawskiej Progresji). 

Hammer High rozpoczynają bębny, do których dołącza chór śpiewając refren (i wiedzie w utworze główny prym). Ten numer wyraźnie pokazuje skąd formacja czerpała swoje muzyczne inspiracje. Tekst piosenki także nie jest pozbawiony tego charakterystycznego pierwiastka metalu lat 80. – możemy w nim usłyszeć między innymi, że Hammerfall „protecting the steel” (z ang. ochrania stal). W końcu co to za power metal bez odpowiedniej ilości stali, co nie? Manowar może być dumny, ale już dość kąśliwości…

The Sacred Vow został zaprezentowany fanom jako jeden z singli promujących wydawnictwo. Szczerze mówiąc po zapoznaniu się z tym numerem nie byłam nim jakoś szczególnie zachwycona. Jednak w zestawieniu z resztą utworów zawartych na Built To Last naprawdę się wyróżnia. Akustyczne partie i chwytliwe, chóralne partie sprawiają, że jest jednym z lepszych kawałków na tym dość spójnym wydawnictwie.

Dethrone And Defy znowu ma w sobie tę „helloweenowatość”. Melodyjne, chwytliwe partie i energiczne gitary oraz intrygujące wokalne partie sprawiają, że jest mocnym punktem na albumowej traciliście. Warto zwrócić uwagę szczególnie na rozbudowane gitarowe i chóralne partie. Minusem numeru niestety jest jego długość – trwający ponad pięć minut utwór pod koniec zaczyna być nudny, a słuchacz zastanawia się, kiedy dobiegnie on wreszcie końca. Albo będziecie go kochać, albo nienawidzić - jedno jest pewne – na pewno nie przejdziecie obok niego obojętnie. Kawałek uosabia pompatyczny power metal pełną gębą. Twilight Princess to spokojna ballada z delikatnymi gitarowymi riffami i nostalgicznym wokalem. 

Stormbreaker znowu przywraca energię na wydawnictwie. Utwór wyróżniają nieco cięższe gitary i chwytliwy riff przewodni (ale nie oczekujcie zbyt wiele – nadal jest melodyjnie do aż do znudzenia). Tytułowy Built To Last to kolejny chwytliwy numer z rozbudowanymi chóralnymi partiami. The Star Of Home to mój zdecydowany faworyt z tego wydawnictwa! Dlaczego? Ponieważ oprócz charakterystycznych powermetalowo-hammerfallowych składowych ma także ostre, szybkie gitary, które nie są już tak „przesłodzone”, jak poprzednie riffy. New Breed także zapowiada się nieźle. Niestety początkowe, mocne i ostre riffy zapowiadają utrzymany w średnim tempie nudny numer, co prawda z chwytliwym, ale za to irytującym tekstem. Nie rekompensuje tego nawet świetna gitarowa solówka. Wydawnictwo zamyka utwór Second To None – wolny kawałek, który wyróżnia średniowieczna przewodnia melodia. Niestety piosenka, tak jak poprzedniczka jest po prostu nudna i rozwlekła.

Muszę przyznać, że nowy album Hammerfall wprawił mnie w małą konsternację. Owszem, wydawnictwo ma wiele porywających momentów i na pewno spodoba się fanom zespołu, zastanawiam się tylko, czy dla „zwykłego” słuchacza nie będzie to za dużo. Zbyt wiele pompatyczności, lekkich, żeby nie powiedzieć błahych teksów oscylujących wokół typowych dla tego gatunku słów-kluczy (wiecie: stal,stal, stal… ) i oklepanych aż do bólu motywów. Zastanawiam się też, gdzie leży granica pomiędzy inspiracją, a parodią. Hammerfall leży gdzieś pośrodku zmierzając w stronę parodii tego, co w power metalu lubimy. Zastanawiam się, ile może znieść nie-fan formacji przypadkowo sięgając po niniejsze wydawnictwo. 


Ocena: 6/10

Paulina Łyszko 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz