In Flames „Battles” [Recenzja] - Heavy Metal & More

Nie przegap

piątek, 11 listopada 2016

In Flames „Battles” [Recenzja]


Nowe wydawnictwo zespołu In Flames zatytułowane Battles ukazało się 11 listopada nakładem wytwórni Nuclear Blast Records.

Założony w 1990 roku w szwedzkim Goteborgu In Flames doczekał się dwunastu studyjnych albumów. Ostatni z nich – wydany 11 listopada nakładem wytwórni Nuclear Blast Records - Battles - został nagrany pod okiem nominowanego do nagrody Grammy producenta Howarda Bensona (producent ma na swoim koncie współpracę między innymi z The Used, czy My Chemical Romance). Czy taka kolaboracja wpłynęła na nowe wydawnictwo Szwedów? Odpowiedź znajdziecie na nowym albumie formacji.

Zawierający dwanaście studyjnych utworów album otwiera Drained – początkowo spokojny i tajemniczy numer, który w miarę upływu czasu przeradza się w utrzymany w nowoczesnej stylistyce melodyjny numer, który tylko głównym wokalem dodaje nieco pikanterii. Trzeba oddać In Flames, że ten kawałek wpada w ucho i jest jedną z najlepszych kompozycji na albumie, ale jeżeli oczekiwaliście więcej agresji, to będziecie zawiedzeni. „Ten album wyszedł znacznie szybciej, niż przypuszczaliśmy, że wyjdzie” – wyjaśnia gitarzysta formacji, Bjorn Gelotte. „Na początku byłem bardzo negatywnie nastawiony na początku, ale miałem kupę riffów, więc po prostu usiadłem z [wokalistą] Andersem [Fridenem] i zaczęliśmy pracować nad rzeczami i zaczęło się to składać razem bardzo szybko.” – kontynuuje muzyk. Moim zdaniem niebagatelny wpływ na nagrywany materiał ma także miejsce, w którym piosenki są tworzone. Takiego zdania jest także Friden, który wspomina początkowe fazy nagrywania Battles: „Myślę, że przebywanie w Californii naprawdę zainfekowało ten album w tym sensie, że mieliśmy studio w domu, w którym się zatrzymaliśmy i vibe był naprawdę relaksujący, co pozwoliło na produktywność.” Dla mnie jest to także odpowiedź, dlaczego to wydawnictwo jest tak wygładzone, lekkie i… przywodzące na myśl zespoły pokroju Linkin Park.

The End rozpoczyna się całkiem niezłym gitarowym riffem, a wokal momentami jest dużo ostrzejszy niż dotychczas, utworze nie brakuje także melodyjności i… dziecięcego chórku. Warto zwrócić uwagę na gitarowe solo zawarte w tym utworze. Kompozycja należy do najlepszych na albumie, niemniej jednak nie zmienia to faktu, że do melodic death metalu nowemu In Flames jest bardzo daleko. Like Sand to spokojniejszy numer z niezwykłymi riffami, który swoją strukturą odcina się od reszty materiału zarejestrowanego na Battles, przez co jest moim ulubionym kawałkiem z niniejszego krążka.

The Truth rozpoczyna się chórem skandującym „We Are, We Are, We Are”, który będzie motywem przewodnim w całym utworze, jednak to główny riff  przykuwa uwagę w piosence i jest jednym z najbardziej porywających riffów na tym krążku. In My Room to najmocniejszy kawałek na Battles i jednocześnie najbardziej „rock’n’rollowy”. Przemyślana, niezbyt nachalna melodia sprawia, że to najprawdopodobniej właśnie TEN numer zapamiętasz spośród dwunastu nowych utworów Szwedów. Before I Fall znowu ma w sobie chórek, tym razem stricte kobiecy. Nudy… Dobrze, że nie postanowili zastosować tego rozwiązania w KAŻDYM utworze. Sam numer jest co prawda przyjemny dla ucha, ale znika na tle reszty kompozycji.

Through My Eyes pokazuje ostre pazury! Ten przebojowy i melodyjny numer (ze świetnym groove’em) nareszcie ma odpowiednią dozę agresywnego wokalu, ale nadal do melodic death metalu jest bardzo daleko. Warto zwrócić także uwagę na gitarową solówkę, która uświetnia ten kawałek. Tytułowy Battles rozpoczyna mocny riff (który ratuje ten kawałek), do którego dołącza kombinacja melodyjności i ostro-słodkiego wokalu, czyli numer w niczym nie odstaje od reszty wydawnictwa. Here Until Forever rozpoczyna się choler*nie obiecująco – od masywnego, melodyjnego riffu. Niestety potem znowu dostajemy krzyżówkę Linkin Park i 30 Seconds To Mars. Aaa… zapomniałabym o chórze.

Underneath My Skin swoim groove’em i przewodnim gitarowym motywem pokazuje nieco pazurów na tym wygładzonym wydawnictwie. Wallflower rozpoczyna intrygujący, acz prosty riff, który ewoluuje w mocny groove, a wokal pojawia się dopiero po ponad dwóch minutach. Numer jest praktycznie pozbawiony nowoczesnego sznytu (z wyjątkiem delikatnego, słodkiego do bólu refrenu). Wydawnictwo zamyka mocno elektroniczne Save Me.

Czy wybór producenta wpłynął na nowy album In Flames? „Myślę, że naprawdę pomogło posiadanie producenta, który mógł sprawić, że się skupimy na tym, czego musimy dokonać i trzymać nas w torze.” – informuje Friden. „To była nowe podejście dla nas, ponieważ nigdy wcześniej nie pozwoliliśmy nikomu innemu w taki sposób, jak Howardowi” – wyjaśnia Gelotte. „Spotkaliśmy się z wieloma producentami przed rozpoczęciem [nagrywania] tego albumu i tylko on wydawał się gościem, który nie chce zmienić niczego; chciał tylko być, pewny, że robimy najlepszą płytę In FLames, na jaką nas stać, i że to zmierza w dobrym kierunku.” – dodaje muzyk. „To nie tak, że nie jesteśmy szczęśliwi robiąc rzeczy sami. Po prostu pomyśleliśmy, że spróbujemy czegoś innego, ponieważ na tym zawsze polegał ten zespół.” – kontynuuje Bjorn.

„Najpiękniejszą rzeczą w tym zespole jest to, że możesz robić, co ci się do chole*y podoba i to cały punkt tej muzyki, ponieważ wszystkie te restrykcje i etykietowanie zabija to w pewnym sensie” – podsumowuje Gelotte. „Tym razem mieliśmy Howarda, który przyszedł i dał nam nową perspektywę na temat tego, jak możemy zrobić te piosenki, ale ostatecznie to, co otrzymaliśmy jest bardzo proste: czy jest dobre, czy jest złe? Czy jest to coś, za czym wszyscy możemy stanąć i być dumni, wtedy wiemy, że to piosenka In Flames.” – dodaje muzyk.

Z cała pewnością nie można zarzucić In Flames braku wizji (jakakolwiek ona jest). Niestety nowa perspektywa uzyskana za sprawą nowego producenta, czy to się podoba członkom formacji, czy nie przeistoczyła muzykę zespołu w coś zgoła przypominającego twórczość kapel pokroju Linkin Park. Owszem In Flames odzyskał melodyjność, ale za to na Battles nie ma już żadnych nawiązań do death metalu. Tym bardziej dziwi mnie etykietowanie przez wytwórnię nowej twórczości Szwedów jako „Melodic Death Metal”. Dodajmy do tego płytę, która jest przeciętna i mamy krążek, do którego absolutnie nie chcę wracać.

Ocena: 6/10




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz